|
Byłam młoda i w miarę pewna siebie siedziałam na czubku sosny i dłubałam w kalendarzu czasami spadałam tak lekko że ziemia nawet tego nie czuła
Byłam delikatna drapieżna i wierna sutkami rozsadzałam dachówki biustonoszy ssałam konsekwentnie palec wiedzy o sobie samej i osobie nie samej bezprzykładna hochsztaplerka bezczelności wyrywałam skowronki ze snu i śpiewałam im na dzień dobry
Będąc nie-matką udawałam ją w poezji i syciłam wyobraźnią tym zjawiskiem
Będąc nie-mężczyzną chichotałam stopki płochliwym kobietkom a patrząc głęboko w oczy pieściłam ich prawo bytu
Będąc nie-dzieckiem umorusana pyłem gwiezdnym kwitowałam do wnętrza nocy a gwiazda pod poduszką przyświecała snom o potędze
Byłam taka prawdziwa kolorowa a teraz tyle do ukrycia wstyd podkrążonych oczu połamanych o cienie paznokci zwiędłej bladości dzisiejszego ranka pokruszonych skrzydeł zasłonięte okno gdy noc w świat poszła pukanie do drzwi a serce w gardle staje błysk w oku spojrzenie do lustra nie teraz nie można nieczynne do Jutra
|